Powitania i inne sytuacje wymagające uścisku dłoni dotyczą każdej z nas. Jedna z najczęściej opisywanych przez kobiety sytuacji – można powiedzieć, że klasyk – przebiega następująco: stoimy w mieszanym towarzystwie kilku osób, podchodzi do naszej grupy kolega i wita się z mężczyznami przez podanie ręki, a panie całkowicie pomija. Czujemy się wtedy zignorowane. I choć, co do zasady, kobieta pierwsza wyciąga dłoń do powitania (więc pozornie nie ma tu faux pas), to jeśli podchodzący do grupy kolega nie daje nam żadnej sposobności do tego, abyśmy mogły wyciągnąć do niego rękę, wtedy poczucie zignorowania jest uzasadnione.
Dla osoby, która jest świadoma siły wizerunku, takie szczegóły jak portfel czy chusteczki, wyjmowane z torebki mimochodem, a jednak często, nie są obojętne. Rzeczy, których używamy na co dzień współtworzą nasz obraz, a także odzwierciedlają potrzeby, gust i ogólny stosunek do estetyki przedmiotu. Jeśli pieniądze nosimy w portfelu, karty w etui, a okulary w specjalnie do tego przeznaczonym futerale, oznacza to, że prawdopodobnie lubimy dbać o swoje rzeczy. A dbanie o rzeczy, w XXI wieku ma wymiar już nie tylko estetyczny.
Ubieranie się według zasad kodu ubioru nie oznacza, że wszystkie mamy wyglądać jak spod jednej sztancy. Określenie dress code według potocznego i powierzchownego rozumienia oznacza nudną garsonkę i buty na wysokim obcasie. Tymczasem kod ubioru to coś dużo, dużo więcej. Przede wszystkim jest to coś, co – na przekór szablonowemu mniemaniu – wprowadza w życie codzienne sporą dawkę urozmaicenia, a jednocześnie, i tu paradoks: trochę nam to życie systematyzuje.
„Droga Hal,
piszę do Ciebie z sezonowymi wątpliwościami dotyczącymi egzaminów, uroczystości szkolnych, zakończenia roku (a niebawem także rozpoczęcia), immatrykulacji itp.
1) Uczniom i uczennicom wypada założyć białą koszulę i ciemny dół, a jaki strój wg s-v obowiązuje drugą stronę, czyli nauczycieli (oraz rodziców)?
2) Jakie kwiaty wypada wręczać nauczycielom? Wiem, że nie powinny być to czerwone róże, ale pytam głównie o to, czy są jakieś zasady pozwalające zorientować się, czy bukiet nie jest zbyt okazały lub za skromny? Jak szybko ocenić, czy coś co proponuje nam kwiaciarnia, nie będzie tandetne, kiczowate, w złym guście? To jest dla mnie zawsze trudny temat – jak wybrać bukiet nie za mały i nie za duży na odpowiednią okazję, a przy tym gustowny?”.
Dzisiaj podzielę się z Wami odkryciem, jakiego dokonałam kilka dni temu przeglądając Facebooka. Zanim jednak to zrobię, w kilku słowach opowiem, co skłania mnie do korzystania z tego serwisu i dlaczego pomimo całej jego złej sławy… lubię to.
W nawiązaniu do ostatniego wpisu, dotyczącego sukienek w typie bieliźnianym, powracam do tematu, który pojawił się już kiedyś na blogu; chodzi mianowicie o kwestię: „Jak ubierać się do kościoła?”. Mimo że nie jestem związana z religią, to od czasu do czasu bywam na uroczystościach, które odbywają się w kościołach. Są to uroczystości, na które jestem zapraszana (śluby) lub takie, na których czuję się w obowiązku być (pogrzeby). Z ciekawością obserwuję stroje uczestników ceremonii, którzy zazwyczaj są jednocześnie członkami wspólnoty religijnej. Wnioski z tych obserwacji wysnuwam różne, a ponieważ zbliża się lato, postanowiłam ponownie prześledzić zasady kodu ubioru obowiązujące w obiektach sakralnych.
„Z ogromną przyjemnością śledzę Pani blog i bardzo sobie cenię informacje w nim zawarte. Szczególnie doceniam wskazówki dotyczące zagadnienia klasyki w praktyce i stosowności ubioru. Pozwolę sobie jednak zadać pytanie na temat relacji stosowności i mody, nawiązując do wpisu z 05.07.20. Jak można zinterpretować utrzymujący się od dłuższego czasu trend noszenia sukienek „bieliźnianych” (slip dress) na różne okazje, zwłaszcza w kontekście nowoczesnej klasyki, tzw. klasyki z twistem? Czy można uznać to za kombinację już dopuszczalną w kategorii codziennej lub smart casual? Czy raczej może być zarezerwowana na „czerwony dywan” i rozdanie Oskarów? A może jest zupełnie niedopuszczalna poza sypialnią? Z góry serdecznie dziękuję za odpowiedź”.
„W pracy czasem wchodzę do pokoju, w którym siedzą mężczyźni i czuję się niekomfortowo jak ja stoję a oni rozmawiają ze mną siedząc. Ja po 60-tce – oni dużo młodsi. Rozumiem, że nie muszą wstawać, jeśli ja przyszłam z pytaniem, ale niekiedy zatrzymują mnie przeciągając rozmowę. Gdy ja miałam np. 50 lat a przychodził starszy szef, to nie wyobrażałam sobie, że nie wstanę na przywitanie. W Anglii to był już dla mnie szok, kiedy żaden mężczyzna nie wstawał, nawet jak się przedstawiałam i widział mnie pierwszy raz. Jedyną osobą, która wstawała gdy wchodziłam była niewiele ode mnie młodsza kobieta, co z kolei też mnie krępowało, że ona wstaje. W Polsce z reguły wstają starsi mężczyźni, a wśród młodszych ci lepiej wychowani. Jeśli jest krzesło wolne od razu siadam, aby nie musieli wstawać. Jak to powinno wyglądać w biurze?”.
Chciałabym wierzyć, że w wielu miejscach pracy buduje się już profesjonalne i neutralne relacje partnerskie, które niwelują problemy wynikające ze stereotypowego, a nierzadko wręcz deprecjonującego postrzegania cech kobiecych. Jednocześnie wydaje mi się, że nawet w środowisku nastawionym na otwartość i relacje partnerskie, praca (jedynej) kobiety w męskim zespole może wiązać się czasem z kłopotliwymi sytuacjami natury savoir-vivre’owej. W dzisiejszym wpisie odnoszę się do komentarza, w którym Czytelniczka opisuje dwie takie sytuacje:
„Szanowna Pani Halino,
ośmielam zwrócić się do Pani z prośbą o poradę w bardzo prozaicznej sprawie: w czym nosić jedzenie do pracy. Oboje z mężem ubieramy się do pracy elegancko, nosimy aktówki, ale chodzimy pieszo. Obecnie, z braku lepszego pomysłu, nosimy jedzenie w ciemnych materiałowych (bawełnianych) torbach. Z jednej strony jest to dość niepraktyczne (aktówka, torba z jedzeniem, a często jeszcze parasol – obie ręce zajęte), z drugiej – nie wyobrażam sobie dokładania jedzenia do aktówki (gdzie czasami są dokumenty). Najchętniej schowałabym je do małego plecaczka – ale czuję, że wyklucza się on z eleganckim strojem. A może noszenie swojego jedzenia do pracy wyklucza się z elegancją? Staram się, by było zawsze estetycznie zapakowane i prezentowało się apetycznie. Będę bardzo wdzięczna za odpowiedź w wolnej chwili”.
„Światło latarń z ulicy, pilastry między oknami na przemian oświetlały ją i gubiły w amfiladzie pokoi. Miała wrażenie, że idzie za kulisami teatru. W salonie rozstawiono stół na wiele osób. Wydawał się dekoracją z paterami frezowanego karmelu, wazami egzotycznych kwiatów. […] Minęła salon, coś ją jednak zawróciło. Przez chwilę nie wiedziała, skąd ten przymus. Kątem oka zanotowała naruszenie idealnej harmonii. Na jednej z trzech kop kawioru brakowało symetrii. Przezroczysta kuleczka ze szczytu osunęła się po zboczu. Lucy uchwyciła ją srebrnymi szczypcami, odłożyła na miejsce”.*
W dawnych zamożnych domostwach kredensem nazywano pomieszczenie do przechowywania zastawy stołowej oraz pokój dla służby podającej do stołu. Dzisiaj określenie to oznacza mebel do przechowywania naczyń i przyborów stołowych. O tych ostatnich, czyli o przyborach i naczyniach niezbędnych do uprawiania sztuki stołu będziemy dzisiaj mówić, przyglądając się dość dokładnie podstawowej zawartości kredensu.
Do usystematyzowania niniejszych przemyśleń skłoniła mnie rozmowa odbywająca się w komentarzach pod wpisem „W dobrym towarzystwie”. Dotyczyła ona kwestii – uogólniając – różnorodności doświadczeń życiowych, na które nie mamy wpływu oraz tego, jak mają się one do savoir-vivre’owej tożsamości. Zdanie, które może być rozumiane inaczej, niż sobie to założyłam, odnosiło się w owym wpisie do procesu budowania tożsamości na bazie znajomości swoich korzeni. Brzmi ono następująco: Znam rodzinną genealogię, wiem skąd pochodzę, znam historię swojej rodziny (przynajmniej dwa pokolenia wstecz), podtrzymuję więzy rodzinne.
Książka, o której dzisiaj opowiadam, to kolejna pozycja z cyklu „Świadectwa. Polska. XX wiek”, wydana przez Ośrodek Karta. O życiu codziennym w dwudziestoleciu międzywojennym wiemy stosunkowo dużo, natomiast książka, którą dzisiaj prezentuję jest wyjątkowa z tego powodu, że przedstawia losy środowiska ziemiańskiego tuż przed pierwszą wojną światową i w czasie jej trwania.