Ubieranie się według zasad kodu ubioru nie oznacza, że wszystkie mamy wyglądać jak spod jednej sztancy. Określenie dress code według potocznego i powierzchownego rozumienia oznacza nudną garsonkę i buty na wysokim obcasie. Tymczasem kod ubioru to coś dużo, dużo więcej. Przede wszystkim jest to coś, co – na przekór szablonowemu mniemaniu – wprowadza w życie codzienne sporą dawkę urozmaicenia, a jednocześnie, i tu paradoks: trochę nam to życie systematyzuje.
„Droga Hal,
piszę do Ciebie z sezonowymi wątpliwościami dotyczącymi egzaminów, uroczystości szkolnych, zakończenia roku (a niebawem także rozpoczęcia), immatrykulacji itp.
1) Uczniom i uczennicom wypada założyć białą koszulę i ciemny dół, a jaki strój wg s-v obowiązuje drugą stronę, czyli nauczycieli (oraz rodziców)?
2) Jakie kwiaty wypada wręczać nauczycielom? Wiem, że nie powinny być to czerwone róże, ale pytam głównie o to, czy są jakieś zasady pozwalające zorientować się, czy bukiet nie jest zbyt okazały lub za skromny? Jak szybko ocenić, czy coś co proponuje nam kwiaciarnia, nie będzie tandetne, kiczowate, w złym guście? To jest dla mnie zawsze trudny temat – jak wybrać bukiet nie za mały i nie za duży na odpowiednią okazję, a przy tym gustowny?”.
Dzisiaj podzielę się z Wami odkryciem, jakiego dokonałam kilka dni temu przeglądając Facebooka. Zanim jednak to zrobię, w kilku słowach opowiem, co skłania mnie do korzystania z tego serwisu i dlaczego pomimo całej jego złej sławy… lubię to.
Wiemy już (dla mnie swego czasu było to odkrywcze), że savoir-vivre’owa towarzyskość nie polega tylko na utrzymywaniu relacji z krewnymi czy dobrymi znajomymi. Zasadniczo polega ona na umiejętności znalezienia się wśród obcych ludzi, nawiązywania oraz podtrzymywania znajomości, w których drzemie potencjał rozwojowy. Podobnie rzecz się ma z kulturą i sztuką. Uczestniczenie w kulturze nie polega na obracaniu się tylko wśród tego, co znane. Polega raczej na zapoznawaniu się z takimi utworami artystycznymi – oglądaniu ich, czytaniu czy słuchaniu – które nie są jeszcze przez nas oswojone i do których nie jesteśmy przyzwyczajeni.
W nawiązaniu do ostatniego wpisu, dotyczącego sukienek w typie bieliźnianym, powracam do tematu, który pojawił się już kiedyś na blogu; chodzi mianowicie o kwestię: „Jak ubierać się do kościoła?”. Mimo że nie jestem związana z religią, to od czasu do czasu bywam na uroczystościach, które odbywają się w kościołach. Są to uroczystości, na które jestem zapraszana (śluby) lub takie, na których czuję się w obowiązku być (pogrzeby). Z ciekawością obserwuję stroje uczestników ceremonii, którzy zazwyczaj są jednocześnie członkami wspólnoty religijnej. Wnioski z tych obserwacji wysnuwam różne, a ponieważ zbliża się lato, postanowiłam ponownie prześledzić zasady kodu ubioru obowiązujące w obiektach sakralnych.
„Z ogromną przyjemnością śledzę Pani blog i bardzo sobie cenię informacje w nim zawarte. Szczególnie doceniam wskazówki dotyczące zagadnienia klasyki w praktyce i stosowności ubioru. Pozwolę sobie jednak zadać pytanie na temat relacji stosowności i mody, nawiązując do wpisu z 05.07.20. Jak można zinterpretować utrzymujący się od dłuższego czasu trend noszenia sukienek „bieliźnianych” (slip dress) na różne okazje, zwłaszcza w kontekście nowoczesnej klasyki, tzw. klasyki z twistem? Czy można uznać to za kombinację już dopuszczalną w kategorii codziennej lub smart casual? Czy raczej może być zarezerwowana na „czerwony dywan” i rozdanie Oskarów? A może jest zupełnie niedopuszczalna poza sypialnią? Z góry serdecznie dziękuję za odpowiedź”.
„W pracy czasem wchodzę do pokoju, w którym siedzą mężczyźni i czuję się niekomfortowo jak ja stoję a oni rozmawiają ze mną siedząc. Ja po 60-tce – oni dużo młodsi. Rozumiem, że nie muszą wstawać, jeśli ja przyszłam z pytaniem, ale niekiedy zatrzymują mnie przeciągając rozmowę. Gdy ja miałam np. 50 lat a przychodził starszy szef, to nie wyobrażałam sobie, że nie wstanę na przywitanie. W Anglii to był już dla mnie szok, kiedy żaden mężczyzna nie wstawał, nawet jak się przedstawiałam i widział mnie pierwszy raz. Jedyną osobą, która wstawała gdy wchodziłam była niewiele ode mnie młodsza kobieta, co z kolei też mnie krępowało, że ona wstaje. W Polsce z reguły wstają starsi mężczyźni, a wśród młodszych ci lepiej wychowani. Jeśli jest krzesło wolne od razu siadam, aby nie musieli wstawać. Jak to powinno wyglądać w biurze?”.
Chciałabym wierzyć, że w wielu miejscach pracy buduje się już profesjonalne i neutralne relacje partnerskie, które niwelują problemy wynikające ze stereotypowego, a nierzadko wręcz deprecjonującego postrzegania cech kobiecych. Jednocześnie wydaje mi się, że nawet w środowisku nastawionym na otwartość i relacje partnerskie, praca (jedynej) kobiety w męskim zespole może wiązać się czasem z kłopotliwymi sytuacjami natury savoir-vivre’owej. W dzisiejszym wpisie odnoszę się do komentarza, w którym Czytelniczka opisuje dwie takie sytuacje:
„Szanowna Pani Halino,
ośmielam zwrócić się do Pani z prośbą o poradę w bardzo prozaicznej sprawie: w czym nosić jedzenie do pracy. Oboje z mężem ubieramy się do pracy elegancko, nosimy aktówki, ale chodzimy pieszo. Obecnie, z braku lepszego pomysłu, nosimy jedzenie w ciemnych materiałowych (bawełnianych) torbach. Z jednej strony jest to dość niepraktyczne (aktówka, torba z jedzeniem, a często jeszcze parasol – obie ręce zajęte), z drugiej – nie wyobrażam sobie dokładania jedzenia do aktówki (gdzie czasami są dokumenty). Najchętniej schowałabym je do małego plecaczka – ale czuję, że wyklucza się on z eleganckim strojem. A może noszenie swojego jedzenia do pracy wyklucza się z elegancją? Staram się, by było zawsze estetycznie zapakowane i prezentowało się apetycznie. Będę bardzo wdzięczna za odpowiedź w wolnej chwili”.
„Światło latarń z ulicy, pilastry między oknami na przemian oświetlały ją i gubiły w amfiladzie pokoi. Miała wrażenie, że idzie za kulisami teatru. W salonie rozstawiono stół na wiele osób. Wydawał się dekoracją z paterami frezowanego karmelu, wazami egzotycznych kwiatów. […] Minęła salon, coś ją jednak zawróciło. Przez chwilę nie wiedziała, skąd ten przymus. Kątem oka zanotowała naruszenie idealnej harmonii. Na jednej z trzech kop kawioru brakowało symetrii. Przezroczysta kuleczka ze szczytu osunęła się po zboczu. Lucy uchwyciła ją srebrnymi szczypcami, odłożyła na miejsce”.*
W dawnych zamożnych domostwach kredensem nazywano pomieszczenie do przechowywania zastawy stołowej oraz pokój dla służby podającej do stołu. Dzisiaj określenie to oznacza mebel do przechowywania naczyń i przyborów stołowych. O tych ostatnich, czyli o przyborach i naczyniach niezbędnych do uprawiania sztuki stołu będziemy dzisiaj mówić, przyglądając się dość dokładnie podstawowej zawartości kredensu.
Do usystematyzowania niniejszych przemyśleń skłoniła mnie rozmowa odbywająca się w komentarzach pod wpisem „W dobrym towarzystwie”. Dotyczyła ona kwestii – uogólniając – różnorodności doświadczeń życiowych, na które nie mamy wpływu oraz tego, jak mają się one do savoir-vivre’owej tożsamości. Zdanie, które może być rozumiane inaczej, niż sobie to założyłam, odnosiło się w owym wpisie do procesu budowania tożsamości na bazie znajomości swoich korzeni. Brzmi ono następująco: Znam rodzinną genealogię, wiem skąd pochodzę, znam historię swojej rodziny (przynajmniej dwa pokolenia wstecz), podtrzymuję więzy rodzinne.
Książka, o której dzisiaj opowiadam, to kolejna pozycja z cyklu „Świadectwa. Polska. XX wiek”, wydana przez Ośrodek Karta. O życiu codziennym w dwudziestoleciu międzywojennym wiemy stosunkowo dużo, natomiast książka, którą dzisiaj prezentuję jest wyjątkowa z tego powodu, że przedstawia losy środowiska ziemiańskiego tuż przed pierwszą wojną światową i w czasie jej trwania.
Ci, którzy znają trylogię „Władca Pierścieni” Johna R.R. Tolkiena, zapewne skojarzą jedną z charakterystycznych postaci pojawiającą się w powieści. Jest to Grima, zwany Gadzim Językiem. Nie będę tu przywoływać całej historii tego czarnego charakteru, dość powiedzieć, że jest to postać uosabiająca zjawisko, o którym chcę dzisiaj napisać, a mianowicie – manipulację.