„Światło latarń z ulicy, pilastry między oknami na przemian oświetlały ją i gubiły w amfiladzie pokoi. Miała wrażenie, że idzie za kulisami teatru. W salonie rozstawiono stół na wiele osób. Wydawał się dekoracją z paterami frezowanego karmelu, wazami egzotycznych kwiatów. […] Minęła salon, coś ją jednak zawróciło. Przez chwilę nie wiedziała, skąd ten przymus. Kątem oka zanotowała naruszenie idealnej harmonii. Na jednej z trzech kop kawioru brakowało symetrii. Przezroczysta kuleczka ze szczytu osunęła się po zboczu. Lucy uchwyciła ją srebrnymi szczypcami, odłożyła na miejsce”.*
Do usystematyzowania niniejszych przemyśleń skłoniła mnie rozmowa odbywająca się w komentarzach pod wpisem „W dobrym towarzystwie”. Dotyczyła ona kwestii – uogólniając – różnorodności doświadczeń życiowych, na które nie mamy wpływu oraz tego, jak mają się one do savoir-vivre’owej tożsamości. Zdanie, które może być rozumiane inaczej, niż sobie to założyłam, odnosiło się w owym wpisie do procesu budowania tożsamości na bazie znajomości swoich korzeni. Brzmi ono następująco: Znam rodzinną genealogię, wiem skąd pochodzę, znam historię swojej rodziny (przynajmniej dwa pokolenia wstecz), podtrzymuję więzy rodzinne.
Książka, o której dzisiaj opowiadam, to kolejna pozycja z cyklu „Świadectwa. Polska. XX wiek”, wydana przez Ośrodek Karta. O życiu codziennym w dwudziestoleciu międzywojennym wiemy stosunkowo dużo, natomiast książka, którą dzisiaj prezentuję jest wyjątkowa z tego powodu, że przedstawia losy środowiska ziemiańskiego tuż przed pierwszą wojną światową i w czasie jej trwania.
Ci, którzy znają trylogię „Władca Pierścieni” Johna R.R. Tolkiena, zapewne skojarzą jedną z charakterystycznych postaci pojawiającą się w powieści. Jest to Grima, zwany Gadzim Językiem. Nie będę tu przywoływać całej historii tego czarnego charakteru, dość powiedzieć, że jest to postać uosabiająca zjawisko, o którym chcę dzisiaj napisać, a mianowicie – manipulację.
Jednym z zasobów, którymi w sobie tylko właściwy sposób dysponowały przedwojenne elity był specyficzny sposób wychowywania dzieci. W literaturze z epoki można na ten temat dużo wyczytać „między wierszami”. Owa specyficzność polegała na przekazaniu dziecku gruntownej pewności siebie, opartej na stabilnym poczuciu tożsamości. Oczywiście w tamtych czasach była to tożsamość stricte klasowa.
Słownik PWN definiuje gościnność jako chętne przyjmowanie kogoś u siebie, dostępność dla gości, przeznaczenie czegoś dla gości. Savoir-vivre uzupełnia: Gość winien w przyjmującym go domu znaleźć wszystko, czego mu do szczęścia potrzeba.
Utarło się przekonanie, że elegancka kobieta może nosić tylko pończochy lub rajstopy, a skarpetki (nie mówiąc już o podkolanówkach) to jest temat niemalże tabu. Oczywiście jest to przekonanie błędne, bo przecież to naturalne, że skoro nosimy spodnie, nosimy także skarpety.
W tym tygodniu na moją skrzynkę mailową dotarło bardzo ciekawe i ważne pytanie dotyczące zachowania się w przestrzeni wirtualnej:
Chciałabym spytać, jakie jest Twoje zdanie na temat włączania kamery na spotkaniach online, co na to savoir-vivre? Kiedy prowadzę spotkanie lub jest ono bardzo kameralne, włączanie kamery wydaje mi się oczywistym wymogiem.
Pod wpisem „O tym, jak Maria Ossowska odczarowała słowo moralność”, w którym przedstawiłam wykreowany przez nią w roku 1944 wzór demokraty i obywatela, a także wspomniałam o innych opisanych przez nią wzorach osobowych, pojawiły się ciekawe spostrzeżenia. Dotyczyły one zagadnienia perfekcjonizmu. Padło też pytanie: Jak Maria Ossowska nazwałaby wzory osobowe dla człowieka współczesnego, ale nie jej współczesnego, tylko nam? I jakie by one były?
Jako buntowniczka z natury, zawsze chadzająca własnymi ścieżkami, długo nie lubiłam słowa moralność. Kojarzyło mi się ze świętoszkowatością, a ktoś, kto go używał wydawał mi się wścibski, lubiący zaglądać do cudzych sumień. Było to w czasach, kiedy nie przywiązywałam jeszcze dużej wagi do właściwego znaczenia słów. Określenie moralność było dla mnie jednoznaczne z kulturą fasadową, gdzie wyznacznikiem tego, jak należy się zachowywać są rygorystyczne i jedynie słuszne nakazy „to nie wypada” i „co ludzie powiedzą”. Słowo moralność odczarowała dla mnie całkiem niedawno profesor Maria Ossowska.
W ten ostatni już świąteczny dzień życzę Wam wszystkiego, co dobre, piękne i prawdziwe; nadziei, miłości i pogody ducha w trudnej sztuce dokonywania wyborów w codziennym życiu.
Bardzo dziękuję, że zechciałyście wziąć udział w świątecznej zabawie, rozpoczętej dwa tygodnie temu. Mam nadzieję, że dostarczyła trochę frajdy, ale też refleksji, bo przecież wszystko jest autoportretem, również sam sposób, w jaki ten autoportret kreślimy.
Korzystając z faktu, że nadchodzą Święta chciałabym podziękować Wam za kolejny wspólnie spędzony rok; za to, że jesteście tutaj ze mną. W 2022 roku blog skończy osiem lat i jest to dla mnie niesamowite doświadczenie, bo zakładając go w roku 2014 nie miałam dalekosiężnych planów, a jedynie bieżącą strategię. Po drodze blog doznawał zmian i ewolucji (bo „Droga powstaje gdy idziesz”), a ja mogłam dzięki temu poznawać swoje ograniczenia, a także swoje supermoce. Mam nadzieję, że chociaż w niewielkim stopniu może to być dla Czytelników lekcja poglądowa, że warto się nie poddawać i po prostu robić to, co sprawia przyjemność i daje satysfakcję.
Zimą zazwyczaj nieco mniej dbamy o szyk, bo stawiamy na praktyczność i zdrowy rozsądek. Niemniej nawet w naszym klimacie, który w przeciwieństwie do włoskiego, hiszpańskiego czy francuskiego, każe nam przede wszystkim zastanawiać się Czy to ubranie mnie ogrzeje? można pogodzić pragmatyzm z elegancją.
Piękno może być różne: klasyczne, doskonałe, łagodne, dzikie, naturalne, dostojne, a może być też pozorne, zwodnicze albo nieoczywiste. Zainspirowana obejrzanym w ubiegłym tygodniu kinowym filmem, spróbuję dzisiaj ująć w słowa swoje niesforne myśli dotyczące piękna nieoczywistego. Bo jak mi się wydaje, ten właśnie rodzaj piękna jest bardzo bliski savoir-vivre’owemu sposobowi postrzegania życia i świata.