Dlaczego w tytule piszę o dobrym, klasycznym stylu, a nie po prostu o stylu klasycznym? Myślę, że jesteśmy już tutaj na etapie rozróżniania sposobów patrzenia i odnajdywania istoty różnicy. Odkrywamy tu tajniki klasyki, te trochę bardziej skomplikowane niż przeciętny standard i te, które są na pierwszy rzut oka ukryte.
Dzieci to trudny i dość drażliwy temat, bo ci, którzy mają dzieci są w niego emocjonalnie zaangażowani, a ci którzy dzieci nie mają, nie zawsze zdają sobie sprawę z mechanizmów kierujących postawami rodziców. Często zarzuca się rodzicom, że nie potrafią oni swoich pociech odpowiednio, czyli w domyśle „dobrze”, wychować. Dzisiaj jednak „dobre wychowanie” oznacza coś zupełnie innego niż kiedyś. Na pewno nie oznacza już – na szczęście – bezwzględnego posłuszeństwa oraz bezwarunkowego milczenia dzieci wobec dorosłych. Oznacza natomiast pokazywanie dziecku, że jest możliwość znalezienia równowagi pomiędzy spontanicznością, kreatywnością i asertywnością, a stosowaniem określonych, przypisanych do danej sytuacji zasad i form grzecznościowych.
Niedawno na spotkaniu ze znajomymi dowiedziałam się, że jedna z moich koleżanek, która przez dobrych kilka lat obracała się w branży twórczo-freelancerskiej, teraz wraca na etat w tak zwanej normalnej firmie, w strukturach back office. Okazało się, że w nowej pracy obowiązuje ją dress code, ale nie jest on doprecyzowany. Koleżankę zdziwiło najbardziej to, że w wytycznych stroju dla kobiet pojawił się punkt: „czółenka na obcasie”, a jako, że moja znajoma lubi nosić buty na wyjątkowo wysokich obcasach, zastanawiała się, czy na pewno będzie mogła przychodzić do pracy w szpilkach. Nasza rozmowa zainspirowała mnie do przypomnienia kwestii formalnego dress code’u.
Dzisiaj, w postaci pytania Czytelniczki, wraca do nas dylemat związany z tym, na ile możemy ufać elitom w zakresie tego, co sobą przedstawiają, jeśli chodzi o ubiór:
„(…) rzecz z jaką się do Ciebie zwracam to profil instagrama, który regularnie zachęca mnie do refleksji nad sv w dzisiejszym świecie: https://www.instagram.com/royalfashionpolice/
Możemy na nim obserwować stylizacje koronowanych głów współczesnego świata w różnych okolicznościach. Niejeden raz przychodziła mi myśl, że nawet w tych kręgach dochodzi do mieszania kategorii formalności (klasyk: dżinsy plus czółenka). Jeśli więc najwyższa instancja elegancji, jaką są dla mnie rodziny królewskie, nie trzyma się już części reguł, to czy jest na nie nadal miejsce, czy może czas je dopasować do naszych czasów?”.
Jeśli mamy zamiar zacząć inwestować w dobre jakościowo buty, to znalezienie dobrego szewca jest bardzo istotne, gdyż wartościowe buty po każdym sezonie należy oddać do renowacji, by móc dłużej się nimi cieszyć.
W związku ze świętami po raz kolejny przyszedł mi na myśl temat korespondencji w formie tradycyjnej, bo choć nie zawsze udaje mi się dotrzymać tradycji wysłania do krewnych i przyjaciół życzeń w formie świątecznej kartki, to zdaję sobie sprawę, że jest to jeden z ważniejszych atrybutów savoir-vivre’owego stylu życia. Korespondencja tradycyjna na pewno nie jest dziś czymś codziennym. Wymaga sporego zaangażowania i już samo to sprawia, że traktujemy ją jako coś wyjątkowego. W czasach, kiedy na ekranie komputera możemy bez uszczerbku dla estetyki w nieskończoność poprawiać i zmieniać treść listu, leżąca przed nami czysta kartka papieru może onieśmielać.
Dzisiaj powrócę do wątku dobrych manier, które, jak obserwuję na każdym kroku, nie powinny, a nawet nie mogą być tylko zbiorem martwych zasad, używanych czasem jako ozdobnik albo narzędzie, za pomocą którego chcemy osiągnąć określony cel (np. w biznesie). Niedawno przyszło mi na myśl porównanie savoir-vivre’u – jako połączenia dobrego wychowania, manier, etykiety, bon tonu, taktu, a także estetyki – do swego rodzaju języka. A język jak wiadomo może myć martwy lub żywy.
Zauważyłam, że współcześnie elegancję utożsamia się albo z tzw. celebrity chic, który w polskiej wersji jest zazwyczaj ordynarny (naprawdę to powiedziałam), albo z minimalizmem, gdzie – parafrazując zdanie z Lali Jacka Dehnela – elementom zdobniczym odmawia się prawa do istnienia. Można odnieść wrażenie, że pomiędzy tymi dwoma krańcami spektrum nie ma nic, zieje pustką. I w gruncie rzeczy nie powinno to dziwić, gdyż elegancja jest złożonym i wcale niełatwym pojęciem z dziedziny estetyki, nie uciekniemy od tego.
Choć w dzisiejszym świecie nowe trendy tworzą się tak szybko, że trudno za nimi nadążyć, to klasyczne konwencje pozostają wciąż aktualne, szczególnie w odniesieniu do elegancji. Na przykład formuła, by torebka dobrze pasowała do butów jest w klasycznym wizerunku nadal – jeśli nie obowiązująca, to przynajmniej mile widziana. Przy czym o ile chcemy wejść na wyższy szczebel elegancji nawiązujący do stylu old elegance, zwanego także old money (nazwa old elegance wydaje mi się rzecz jasna… elegantsza), musimy wziąć pod uwagę nie tylko dopasowanie torebki do butów, ale też inne czynniki współistniejące.
Dzisiaj podzielę się z Wami osobistym doświadczeniem, a mianowicie pokażę, jak wygląda ubranie z dzianiny wełnianej wysokiej jakości po dwóch sezonach bardzo intensywnego użytkowania. Odkąd pamiętam, jakość otaczających mnie rzeczy, nie wyłączając ubrań, była dla mnie bardzo ważna. W sklepach obowiązkowo studiuję metki ze składem surowcowym ubrania, które mam zamiar nabyć. I choć często nie mogę sobie pozwolić na zakup tego, co faktycznie chciałabym nosić i co by mnie satysfakcjonowało, to już sama świadomość, że wiem, co kupiłabym, gdyby było mnie na to stać, dodaje mi na zakupach pewności siebie.
W listach od Czytelniczek często pojawia się pytanie, czasem zadane nie wprost: czy zawsze można zachować elegancję? A co z sytuacjami, kiedy dopada nas jakiś kryzys: zniechęcenie, choroba, brak czasu dla siebie? Sądzę, że zachowanie elegancji w trudnych chwilach nie jest łatwe, lecz jest możliwe, ale tylko wtedy, kiedy ma się do tego przygotowaną odpowiednią bazę. Baza to coś w rodzaju logistyki życia codziennego – planujemy w oparciu o przewidywanie tego, co może się wydarzyć, a więc również sytuacji kryzysowych (nietypowych, rzadkich).
Z komentarza Czytelniczki: Droga Hal, istnieje gdzieniegdzie, głównie u starszego pokolenia (60+) zjawisko niezapraszania i niewychodzenia z inicjatywą w kontaktach, szczególnie z młodszym pokoleniem, mającego być przejawem, hm, taktu? Unosi się nad tym niezwerbalizowana intencja, że „nie chcę się narzucać”, „co im będę głowę zawracać”, „jak będą mieli czas, to sami wpadną/zadzwonią”, „swoi nie muszą się zapowiadać”, „rodziny nie trzeba zapraszać”. Nie jest też respektowana reguła wzajemności.
Z listu Czytelniczki: We wrześniu tego roku bierzemy z Narzeczonym ślub kościelny, po nim zaplanowane jest wesele. To nasza wolna decyzja, jednak muszę wspomnieć, że prawie 6 lat temu wychodziłam za mąż, a małżeństwo to zostało uznane za nieważnie zawarte wyrokiem Sądu Biskupiego. Moja wątpliwość tyczy się zaproszenia gości z mojej strony. Mam na uwadze zasady SV, jednak uczucia czasem dyktują coś innego.
Typowe podręczniki etykiety mogą być niezwykle pomocne w przyswajaniu umiejętności odnajdywania się w różnych sytuacjach społecznych. Jednak nie zawsze wystarczająco naświetlają one kontekst danej sytuacji. Często pomijają drobne elementy jakiegoś zdarzenia, które można zauważyć dopiero przy dokładnej obserwacji, a które jednak znacząco wpływają na jego specyfikę. Tymczasem w przypadku form, którymi mamy się posługiwać w sposób skuteczny i zarazem estetyczny, kontekst sytuacyjny to podstawa.