Jeśli chcemy wprowadzić w swoim domu savoir-vivre’owe obyczaje, to przede wszystkim nigdy nie oczekujmy od odwiedzających nas ludzi zdejmowania butów. I to – uwaga – niezależnie od tego, jaka aura panuje na zewnątrz. Przyjmując gości, musimy liczyć się z ewentualnym zabrudzeniem wnętrza, a nie ma chyba nic bardziej drobnomieszczańskiego od ochrony swojej podłogi, tudzież innych elementów wyposażenia wnętrz (kanapa, fotele), przed gośćmi.
Człowiek savoir-vivre’u kojarzy się z wyrafinowaniem. Jest to ktoś, kto potrafi docenić piękne i unikalne przedmioty, elegancko się ubiera, a ponadto konsumuje same frykasy i delicje. I w pewnym sensie tak właśnie jest, tyle że owe wyrafinowane frykasy i delicje, to niekoniecznie muszą być produkty uznawane za luksusowe w potocznym rozumieniu tego słowa.
Czy słowo harmonia należy zaliczyć do grona słów zapomnianych? I co ono w ogóle ono oznacza? Harmonia w ogólnym rozumieniu, jest to zgodne funkcjonowanie względem siebie różnych elementów w odpowiednich proporcjach. Harmonia jest podstawą obiektywnego piękna. Możemy mówić o harmonii dźwięków, harmonii barw, harmonijnym życiu, harmonii otoczenia. Mówiąc: harmonijny, zwykle mamy też na myśli – piękny, wywołujący spokój, zrównoważony, proporcjonalny, dopasowany, a także estetyczny. Harmonia jest więc przeciwwagą skotłowanego galimatiasu, grochu z kapustą, pomieszania z poplątaniem, jednym słowem – chaosu.
Często można usłyszeć narzekania na „dzisiejsze czasy”; na to, że nie docenia się w nich piękna, a także wrażliwości rozumianej jako łagodność, subtelność, delikatność. Narzekając, zapominamy jednak o tym, że piękno, podobnie jak wrażliwość, nigdy nie było i nigdy nie będzie potrzebą ogólną i ważną dla wszystkich. Potrzeby wyższe trzeba w sobie świadomie wzbudzać, przekraczając niejednokrotnie swoją niechęć do rzeczy wymagających. Wszystkiego czego wymagamy, wymagajmy zatem od siebie.
Zasadniczo jednym z podstawowych przykazań savoir-vivre’u jest niezauważanie tego, że ktoś w naszym towarzystwie popełnia gafę, błąd czy faux pas. Oczywiście chodzi tu o niezauważanie markowane, bo jeśli dociera do naszej świadomości, że coś niepoprawnego towarzysko się wydarzyło, to tego co zobaczyliśmy lub usłyszeliśmy już nie „odzobaczymy” i nie „odusłyszymy”.
W pierwszej chwili można byłoby pomyśleć, że określenie „prawdziwe ubrania” to tylko figura retoryczna, użyta po to, by wzmocnić przekaz tekstu. Po chwili zastanowienia dojdziemy jednak – mam nadzieję – do wniosku, że w dobie problemu trapiącego damski sektor odzieżowy, w którym dominują plastikowe ubrania klecone naprędce i sprzedawane na podejrzanych platformach sprzedażowych, użycie terminu „prawdziwe ubrania” jest całkowicie uprawnione. Co zatem dokładnie rozumieć pod pojęciem prawdziwych ubrań? Otóż wszystko to, co jest przeciwieństwem naszych doświadczeń z ubraniami na niby, czyli mówiąc krótko – byle jakimi.
Nie jesteśmy w stanie całkowicie i zawsze wystrzegać się sytuacji wymagających zajęcia stanowiska odmiennego od stanowiska naszego rozmówcy czy rozmówców. Oczywiście można przyjąć taktykę unikania tematów, które potencjalnie mogą rodzić scysję czy wywołać różnicę zdań, ale na dłuższą metę taka strategia może powodować więcej szkód niż pożytku. Myślenie, że uda nam się przejść przez życie unikając jakiejkolwiek konfrontacji jest jednak nieco naiwne. Sztuka jak zwykle polega tym, by nawet w sytuacji ekstremalnej pomyśleć o wyborze właściwych środków wyrazu i odpowiednim nastawieniu.
Internet staje się przedłużeniem przestrzeni, w której naprawdę żyjemy, naszego mieszkania, biura czy sali treningowej. W Internecie robimy zakupy, rozkręcamy interesy, uczymy się oraz odwiedzamy znajomych wpadając na ich blogi i profile społecznościowe. W Internecie również występujemy w roli gospodarzy, goszcząc znajomych na swoich stronach profilach i kanałach.
Określenia „bełkot” używamy najczęściej wtedy, kiedy chcemy zasygnalizować, że to, co ktoś mówi, nie ma sensu. Tymczasem możemy tym określeniem opisywać również mowę niestaranną i niewyraźną. Przyjmując ten punkt widzenia zauważymy, że wielu ludzi dziś „bełkocze”, a także „mamrocze”, zamiast mówić. Jeśli zaobserwujemy siebie i swoje otoczenie okaże się, że zazwyczaj mówimy zbyt cicho, a przy tym zbyt szybko, połykając końcówki, a nawet nie dopowiadając zdań do końca. Niestety coraz bardziej przyzwyczajamy się do byle jakiego sposobu mówienia i wydaje nam się, podobnie jak ma to miejsce w przypadku ubrania, że mówiąc starannie i płynnie jesteśmy zbyt formalni, a nawet śmieszni.
W czasach, gdy coraz większa liczba pracowników mogłaby podpisać się pod postulatami żądania realnego wzrostu wynagrodzeń w stosunku do wyników, zaprzestania nierealnych planów sprzedażowych oraz zaprzestania aroganckiego i przedmiotowego traktowania podwładnych warto rozważyć opcję… bycia dobrą – a może nawet swoją własną – szefową.
Elegancka, klasyczna garderoba w gruncie rzeczy nie jest wcale tak skomplikowana, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Składają się na nią głownie ubrania podstawowe, takie jak marynarka, spódnica, spodnie, bluzka, sukienka. W zależności od kategorii: formalnej, codziennej lub swobodnej ubrania te uszyte będą z różnych tkanin (od sztywnych do miękkich, od gładkich po wzorzyste) oraz charakteryzować się będą odmiennymi fasonami.
Jedna z Czytelniczek napisała kiedyś w komentarzu: „Nie jest sztuką chamsko potraktować chamską osobę, tak jak nie jest żadnym wyczynem uprzejmie potraktować osobę uprzejmą. Ale nie odpowiedzieć chamstwem na chamstwo? To dopiero sztuka (…)”. Owszem, to jest sztuka i tak jak w każdej sztuce chodzi tu o wyrobienie pewnych trwałych dyspozycji (łac. habitus), które stają się jak gdyby drugą naturą. Aby dyspozycje mogły się umocnić, ważne są ćwiczenia i systematyczność, a także wytrwałość, ponieważ habitus narasta powoli.
Współczesne kobiety nie przepadają za pojęciem klasyczna elegancja. W potocznym przekonaniu taki styl, mówiąc dosadnie, postarza. Czy to przekonanie jest słuszne? Zależy jak do tego podejść. Na pewno kobieta ubrana w marynarkę, pantofle, apaszkę, trzymająca torebkę w dłoni wygląda poważniej niż ta, która ma na sobie dżinsy, t-shirt, sneakersy i torbę listonoszkę przerzuconą przez ramię.
Dziś po raz kolejny zastanawiam się nad tym, czy mając do dyspozycji naprawdę wiele różnorakich współczesnych udogodnień, które pomagają nam w codziennym życiu, nie popadamy w uzależnienie od wygody. Być może właśnie to sprawia, że każdą nieco bardziej ścisłą formę: ubrania czy zachowania, traktujemy jako dotkliwy dyskomfort.