O Simonie Kossak można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była mieszczką, choć urodziła się w szlacheckiej, inteligenckiej krakowskiej rodzinie. Pradziadek Juliusz, dziadek Wojciech oraz ojciec Jerzy to malarze batalistyczni. Ciotki – Zofia Kossak-Szczucka, Magdalena Samozwaniec oraz Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, literatki. Simona natomiast poświęciła się nauce. To biolożka oraz zoopsycholożka, dziś powiedzielibyśmy behawiorystka, o ugruntowanej sławie dziwaczki, a nawet… czarownicy. Uczestnicy wycieczek po Puszczy Białowieskiej, gdzie osiadła na stałe i oddała się pracy badawczej, przychodzili oglądać ją jako „zjawisko”, jedną z regionalnych ciekawostek, a ona groziła, że będzie strzelać do nich z wiatrówki.
To jest wpis nie tylko dla tych, którzy mają psy, chociaż przytaczam historię, która przydarzyła nam się podczas wspólnej z Leo wędrówki. Dla niewtajemniczonych: Leo to cudowne stworzenie, mój szesnastomiesięczny golden retriever, dzięki któremu uczę się sztuki prawdziwego życia, czyli sztuki reagowania w sytuacjach całkowicie nieprzewidywalnych. Historia, którą przytaczam pokazuje, jak bardzo pewne mechanizmy działania są dla nas (ludzi i psów) podobne. Oczywiście nie należy traktować tego, co piszę o podobieństwie dosłownie, w sensie biologicznym, a tylko jako metaforę, która umieszczając przedmiot rozważań w innym niż zazwyczaj kontekście, pozwala dostrzec nieoczywiste jego właściwości.
Nie znam wprawdzie statystyk, ale chyba o tym, że zazwyczaj sypiamy w trykotowych piżamach przypominających dresy, albo w bawełnianych koszulkach nocnych z wizerunkiem słodkiego misia lub kotka nie trzeba raczej nikogo przekonywać. Tego typu bielizny nocnej jest w sklepach najwięcej. Dziś jednak dla przeciwwagi porozmawiamy o elegancji ubrań do snu i o tym, co tę elegancję wyznacza.
„Gdybym mogła schowałabym Twoje oczy w mojej kieszeni, żebyś nie mógł oglądać tych, które są dla nas zagrożeniem…” (Hey, Zazdrość).
* * *
Dziś poruszam trudny temat, który prawdopodobnie ma więcej wspólnego z psychologią niż savoir-vivre’m. Chodzi mianowicie o zazdrość. Zazdrość to uczucie, które może pojawić się znienacka, a w skrajnych przypadkach może nawet odbierać zdolność do normalnego funkcjonowania w życiu codziennym. To przykre uczucie zawsze jest związane z brakiem czegoś, co bardzo chce się mieć, a co inna osoba posiada. Najtrudniejszym rodzajem zazdrości jest jednak zazdrość na tle relacji w związku, związana z silnym uczuciem niepokoju, że ukochana osoba mogłaby nas zdradzić.
Komentarz jednej z Czytelniczek skłonił mnie do zastanowienia się nad tym, jaka jest różnica pomiędzy zainspirowaniem się czymś, na przykład czyimś wyglądem, stylem życia, urządzeniem wnętrza, a dosłownym odwzorowywaniem tego, co widzimy w kolorowej prasie, na blogach, czy w mediach społecznościowych. Otóż, podczas gdy inspiracja daje impuls i natchnienie otwierając drogę do własnych poszukiwań, do krojenia „materiału” na swoją miarę, o tyle kopiowanie tę drogę zamyka, sprawia, że nie możemy wyjść poza obraz rzeczywistości, który widzimy na zdjęciu.
Niejednokrotnie otrzymuję od Czytelniczek prośby o analizy porównawcze poparte przykładami zdjęciowymi, a dotyczące tego – mówiąc ogólnie – czy jestem na tak, czy jestem na nie odnośnie do danej stylizacji. Uznałam jednak, że tak przedstawiana opinia byłaby zbyt kategoryczna oraz zamknięta, dlatego pokusiłam się o przygotowanie analizy porównawczej w nieco innym od proponowanego formacie.
W niniejszym wpisie postaram się odpowiedzieć na wątpliwości Czytelniczki odnośnie do możliwości urządzania -współcześnie- przyjęć domowych zgodnie z zasadami savoir-vivre’u. Wątpliwości zrodziły się pod wpływem dyskusji dotyczącej kuchni otwartej, czyli połączonej z salonem. Dziś, kiedy musimy przygotowywać, a także obsługiwać przyjęcia samodzielnie, kuchnię otwartą traktujemy jak ułatwienie w kontaktach z gośćmi. Z drugiej strony warto jednak pamiętać, że savoir-vivre uważa kuchnię za część gospodarczą domu, a wprowadzanie do niej gości – za obnażanie zaplecza.
Kiedy przed kilkoma dniami odkurzając biblioteczkę wzięłam do ręki książkę „Przewodnik inteligentnego snoba według Franciszka Starowieyskiego” to kartkując ją (znowu) przepadłam. Choć Franciszek Starowieyski był dość kontrowersyjną postacią ze względu na swoje dosadne i arbitralne opinie, to nie sposób, rozważając kwestie savoir-vivre’owe: estetyki, obyczajów i mentalności, nie wziąć pod uwagę jego sądów. Do arbitralności był uprawniony tak ze względu na znajomość świata, który tu rozważamy, świata ziemiańskiego savoir-vivre’u (z którego pochodził z dziada pradziada), jak i ze względu na ponadprzeciętną wrażliwość estetyczną. Czytany po raz kolejny „Przewodnik…” zainspirował mnie do dzisiejszych rozważań na temat otoczenia, które tworzy człowiek savoir-vivre’u.
Potocznie mówi się, że aby uczynić zadość sztuce ubioru, a także po prostu dobrze czuć się w swoim ubraniu należy dopasować strój do okazji. Rozwijając tę myśl zauważymy, że mamy tu do czynienia z zasadą taktu, która odnośnie do ubioru oznacza, że dopasowujemy strój do miejsca, czasu i akcji. Wybierając się na przyjęcie weselne osoba zorientowana w konwencjach nie poprzestanie na określeniu „strój na wesele”, bo jest ono zbyt ogólne, a właściwie zawiera się w nim tylko jedna dana, dotycząca akcji; wiemy, że jesteśmy zaproszeni na uroczyste przyjęcie na cześć ludzi, którzy wstąpili w związek małżeński.
Do rzeczy pożytecznych podczas epidemii na pewno nie należy: histeryzowanie, ograniczanie się w rozmowach do tematu choroby, oczekiwanie na potencjalne zarażenie, śledzenie przez większą część czasu informacji o chorobie, często bez oddzielania fikcji od prawdy i emocji od faktów.
Do rzeczy pożytecznych należy zaś przestrzeganie zaleconych środków ostrożności dotyczących izolacji i higieny oraz… praca, praca i jeszcze raz praca. Mówiąc „praca” nie mam na myśli tylko wykonywania obowiązków zawodowych, chociaż też. Pracę, moi mili, należy tu rozumieć jako zaangażowanie w codzienność, jako chęć do podejmowania różnych spraw, jako przeciwieństwo stagnacji, pasywności i pogrążania się w niemocy.
15 marca 2019, z listu do mnie:
„Droga Hal, gdybyś niezwykłym zbiegiem okoliczności była w Holandii w dn. 6-7 kwietnia (wielu ludzi wybiera się podziwiać tulipany w słynnym ogrodzie Keukenhof), chciałabym zaprosić Cię na wystawę moich obrazów w moim domu w Hadze, która odbędzie się w ramach Kunstroute in het Statenkwartier 2019, czyli otwartych dni w domach artystów w naszej dzielnicy.”
Tak się składa, że w ostatnim czasie dwie Czytelniczki opisały mi trudne warunki, w których chwilowo przyszło im żyć i zadały mi bardzo podobnie brzmiące pytanie, z którego uczyniłam tytuł dzisiejszego wpisu. Jako odpowiedź postanowiłam przytoczyć historię mojej bliskiej znajomej, którą nieprzewidziane okoliczności życiowe zmusiły do porzucenia oswojonego, przychylnego jej otoczenia i wyjazdu zarobkowego za granicę do pracy o najniższym progu zaszeregowania. Mam nadzieję, że ta historia okaże się dla Was równie motywująca jak dla mnie.
Moi mili, Panie i Panowie! Bardzo dziękuję za ciekawe dyskusje odbywające się pod dwoma poprzednimi wpisami, dotyczącymi teorii eleganckiego kodu ubioru. Pomimo tego, że nie udzielałam się w komentarzach, wszystkie wypowiedzi dokładnie i z wielkim zainteresowaniem przeczytałam i przeanalizowałam. Dzisiejszy wpis przygotowałam jako świąteczny prezent dla Was, ponieważ obfituje on – jak żaden dotąd – w poglądowe fotografie przedstawiające klasyczną, współczesną elegancję.
Na początku wyjaśnię, że tytułowe Siedliska to miejscowość położona tuż przy granicy z Ukrainą, dzisiaj wieś liczy około 266 mieszkańców. Historia Virgilii, Amerykanki, która została księżną w polskim magnackim rodzie rozpoczyna się w roku 1933, kiedy jako żona Pawła Sapiehy przyjeżdża do kraju tak dla niej egzotycznego, że równie dobrze mógłby nazywać się Śródziemie albo Narnia.