Dylemat Czytelniczki: „Przyznam, że zastanowiło mnie stwierdzenie, że tłumaczenie się zawsze jest nieeleganckie. Trochę nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś zaprasza mnie na tak ważą uroczystość jak ślub i wesele, a ja bez słowa wyjaśnienia (jakoś bardziej mi to pasuje niż tłumaczenie się) odmawiam. Zawsze wydawało mi się, że SV ma za zadanie dbać o relacje międzyludzkie, a taki brak komunikacji chyba niekoniecznie im służy. Przy czym moje założenie jest takie, że na ślub i wesele zapraszam ludzi, których znam i na których obecności rzeczywiście mi zależy. Być może sytuacja wygląda inaczej, gdy zaproszenia otrzymują osoby, z którymi nic nas w sumie nie łączy, bo to jacyś widziani raz w życiu dalecy krewni, czy znajomi rodziców.”
Myślę, że wszyscy mamy nadzieję, że kiedyś jeszcze będzie normalnie, że będziemy mogli spotykać się w większym gronie, organizować przyjęcia i spotkania towarzyskie, a jeśli nie organizować, to przynajmniej bywać na nich. Dzisiejszy wpis przygotowałam z tęsknoty za normalnością. Dotyczy tego, czym charakteryzuje się klasyczny sposób zapraszania gości na wyjątkowe uroczystości. A charakteryzuje się przede wszystkim grzecznością językową.
Lockdown sprzyja zakupom w sieci, a nawet często ogranicza się do nich. Buszując po stronach internetowych w poszukiwaniu inspiracji ubraniowych na wiosnę i lato zauważyłam pewną prawidłowość. A mianowicie, że w dziedzinie ubrań damskich, pomimo dużego wysypu marek ubraniowych w ciągu ostatnich kilku lat, nadal trudno jest znaleźć coś ciekawego i na zawsze.
O ile w powszechnych, mających niewielkie znaczenie emocjonalne, kontaktach, korespondencja elektroniczna jest całkowicie wystarczającym i uzasadnionym narzędziem komunikowania się, o tyle w sprawach dotykających głębszych uczuć nic nie zastąpi, przynajmniej od czasu do czasu, listu napisanego ręką bliskiej osoby. Na tej właśnie bazie, poszanowania i kultywowania uczuć głębokich, osobistych, osadzona jest savoir-vivre’owa zasada, która mówi, że listy takie jak kondolencje czy podziękowania wciąż piszemy odręcznie.
Kiedy kilka lat temu postanowiłam zagłębić się w temat klasycznego kodu ubioru i uchwycić jego podstawową cechę przyszło mi do głowy porównanie kodu ubioru do ortografii. Jeśli za pomocą ubioru, podobnie jak za pomocą słowa, komunikujemy się z otoczeniem, to dress code’ową zasadę taktu (co, gdzie, kiedy nosić) można porównać do zasad poprawnej pisowni. Tak samo jak warto wiedzieć, w jakim kontekście napisać morze, a w jakim może, tak warto wiedzieć, kiedy założyć sandały, a kiedy czółenka, choć zarówno jedne i drugie to buty.
Idziemy z Leosiem, moim psem, polną drogą wśród łąk. Nagle słyszę dźwięk, który oznacza, że za nami prawdopodobnie jedzie auto. Odwracam się, stwierdzam, że tak jest faktycznie, więc schodzimy z Leo z drogi i stajemy w trawach, ja twarzą do przejeżdżającego samochodu. Auto jedzie z prędkością może 8, może 10 km/h, ale twarz kierowcy, wpatrzonego w przednią szybę ani drgnie, kiedy nas mija. Nie oczekiwałam wiele, ale liczyłam, jak zazwyczaj w podobnych sytuacjach, na przyjazne spojrzenie i uśmiech, może nawet skinienie głową? Oczywiście, nie byłoby dla mnie problemem, gdybym miała uśmiechnąć się, czy pozdrowić kierowcę jako pierwsza, tym bardziej, że często to robię, tylko że… tym razem w ogóle nie miałam na to szansy. Szkoda, bo świat byłby przyjaźniejszy o tę jedną miłą interakcję.
„Musiała więc istnieć wśród Garapichów szemrana genealogia wsi, mapa biologiczna więzi łączących ich z cebrowianami, pozwalająca uniknąć sytuacji, w której do łóżka albo na pole gryki pan zaciągnąłby własną siostrę, ciotkę lub córkę. Ta nieformalna struktura nie była pisana wykresami pokrewieństwa, eleganckimi drzewami, herbami ani odmawianą w pamiętnikach litanią nazwisk. Miała zapewne formę ruchu głową ku jakiemuś domostwu lub pytającego spojrzenia w stronę młodej dziewczyny przy sianokosach.”
Gdyby z wszystkich elementów damskiej garderoby wybrać ten, który najbardziej kojarzy się z elegancją oraz klasą, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że byłaby to apaszka. Apaszka ma w sobie coś takiego, że wizerunek kobiety, która ją nosi od razu nabiera cech stylu savoir-vivre. Można chyba nawet powiedzieć, że apaszka jest symbolicznym jego wyrazem. Dziś zapraszam zatem na apaszkowe kompendium.
Rząd to duński serial dostępny w serwisie Netflix. Dominują w nim trzy wątki: wątek kobiety na wysokim politycznym stanowisku (także w kontekście życia rodzinnego), wątek mechanizmów władzy oraz wątek roli mediów w kreowaniu rzeczywistości, a także w cynicznym manipulowaniu nią. Każdy z wątków jest tu arcyciekawy. Miłą dla zmysłu estetyki odmianą jest entourage pozbawiony amerykańskiego kiczu. Wisienką na torcie są piękne wnętrza zamku Christiansborg, w którym urzęduje duński parlament. Ale przede wszystkim jest ONA.
Wydaje mi się, że wciąż zdarza nam się postrzegać człowieka savoir-vivre’u jako kogoś słabego, kto z racji kultury jest pozbawiony możliwości używania mowy jako oręża, nie może wypowiadać własnego zdania oraz bronić się w razie ataku, bo ma być uprzedzająco grzeczny. Tymczasem jest to całkowicie błędne przekonanie.
Relacje z matką partnera/męża uchodzą za najtrudniejsze w sieci różnych relacji, które w życiu zawiązujemy. Zaryzykuję twierdzenie, że relacje na linii teściowa – synowa (i odwrotnie) są najbardziej wiarygodnym sprawdzianem kultury osobistej i umiejętności korzystania z savoir-vivre’owych elementów: dobrych manier, bon tonu i taktu. W niniejszym wpisie chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczególnie ważny element, który jest atrybutem savoir-vivre’owej tożsamości: motywację autoteliczną.
Myślę, że dużym wyzwaniem w garderobie definiowanej jako klasyczna są buty, a w szczególności te, które nosimy do stroju typu codziennego. Dlaczego? Ponieważ wypadałoby, by spełniały przede wszystkim kryterium bezwzględnej wygody, przy jednoczesnym zachowaniu maksimum klasycznej estetyki. Trzeba pamiętać, że stopy to newralgiczne części naszego ciała. Powinnyśmy je rozpieszczać, a nie katować.
Sądzę, że prawie każdy wrażliwy, delikatny, subtelny człowiek, żyjący według filozofii savoir-vivre’u, prędzej czy później może być postawiony przed dylematem: elegancka strefa komfortu w fotelu z książką, na przykład traktującą o zaangażowaniu społecznym, czy ulica – nieelegancka, a nawet niekulturalna, ale za to prawdziwa, weryfikująca naszą postawę wobec świata idei. Warto być przygotowanym na to, że życie czasem, a nawet często, mówi: sprawdzam.
Zastanawiając się nad tym, co jest esencją starej wielkiej elegancji, takiej elegancji, która nas zachwyca, pomimo, że zdajemy sobie sprawę z jej nieprzystawania do współczesnych szybkich czasów, doszłam do wniosku, że ta esencja to szyk. Szyk, czyli zjawisko, które łączy w sobie z jednej strony klasykę i kod ubioru, a z drugiej – chociaż odrobinę fantazji, oryginalności, przeciwwagi. Detal, który świadczy wyrafinowaniu, a jednak cały czas pozostaje w swoistej, eleganckiej konwencji.